piątek, 26 listopada 2010

Fantasy z dreszczykiem

Okładka polska
Napisałam "z dreszczykiem", ale nie chodziło mi bynajmniej o to, że powieść ta jest w jakiś sposób przerażająca. Ten "dreszczyk" wynika bezpośrednio ze zgrozy, jaką wywołuje u mnie okładka książki (no bo musicie przyznać, że jest koszmarna) oraz z pewnego SMS-a, od którego wszystko się zaczęło...

Pewnego niezbyt pogodnego popołudnia Kruffowy telefon zapiszczał i wyświetliła się wiadomość o mniej więcej takiej treści: "Czytam właśnie coś, co jest jak Magnolia o_O". Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie (dla niewtajemniczonych - "Magnolia" to taki akt samounicestwienia, którego się kiedyś dopuściłam i który od tamtego czasu spędza mi sen z powiek, domagając się ciągłego dopieszczania). Serducho zabiło mi mocniej i wystukałam szybko: "Ojej. Musisz mi to pożyczyć" - czy jakoś tak. I kochana Carla - a jakżeby inaczej - rzeczoną książkę mi przyniosła. Ta dziewczyna ma łeb jak sklep, ja bym z pewnością zapomniała.
Osoba autora nie była mi obca, czytałam już jego debiutanckie Elantris, o którym też zdarzyło mi się kiedyś napisać kilka słów (dla ciekawych, jest to tutaj), miałam więc wobec Siewcy wojny pewne konkretne wymagania. Ale także pewne obawy, bo Sanderson, jakkolwiek tworzy ciekawe światy, miał poważne problemy z postaciami i niebezpiecznie dryfował w kierunku socjalistycznej utopii - przynajmniej moim skromnym zdaniem. Miło się jednak zaskoczyłam, bo bohaterowie są już całkiem poprawni (niektórzy nawet świetni), a zamiast utopii mamy raczej bezustanne obalanie złudzeń, jakimi karmią się ci, którzy jeszcze w Elantris mieliby rację. Szczególnie znacząca jest scena, w której jedna z bohaterek trafia do miasta będącego w jej mniemaniu symbolem wszelkiego zła i rozpusty, i odnajduje swoich pobożnych, skromnych rodaków, by przekonać się, że są oni najgorszymi z imigrantów, tworzącymi zamkniętą społeczność złodziei, sutenerów i prostytutek. Takich smaczków jest więcej, a skomplikowana intryga polityczna nie rozwija się jedynie na bazie osobistych ambicji poszczególnych graczy oraz tego, kto ma czyje dzieci, ale także na bazie ekonomii, historycznych uwarunkowań, konfliktów etnicznych i religijnych tudzież nieporozumień kulturowych. Czyli tak, jak lubię.

Ciekawy jest także system magii, choć to u Sandersona nie nowość (w Elantris wszystko opierało się przecież o pewien gatunek grzybów). Za moce bohaterów odpowiedzialna jest BioChroma, siła związana w jakiś sposób z kolorami i dźwiękiem. Gromadzi się ona - jeśli można tak powiedzieć - w postaci Oddechów. Im więcej ktoś ma Oddechów, tym więcej może. Tylko uwaga - one się wyczerpują, każde rzucone "zaklęcie" kosztuje. A poza tym można nimi handlować, można je oddawać albo stracić przez nieuwagę. Można się także od nich uzależnić, bo kiszenie w sobie nawet niewielkiej ich liczby sprawia, że świat wydaje się bardziej barwny i ładniejszy. To sprawia, że tych, którzy oddaliby swoją BioChromę za darmo po prostu nie ma. No, chyba że stają przed bogami.

Bogowie to umarli, którzy z jakiejś przyczyny (kapłani utrzymują, że z powodu heroicznej śmierci) wracają do żywych, ale już odmienieni i w dodatku na poziomie Piątego Wywyższenia (czyli ze sporym zapasem BioChromy). Zamieszkują w wystawnych pałacach oddzielonych od reszty miasta, są czczeni i podziwiani, i mają tylko jeden problem - żeby żyć, potrzebują jednego nieswojego oddechu tygodniowo. Ale od czego są wyznawcy ;) Co gorsze, nie mogą korzystać ze swojej BioChromy, gdyż to by ich zabiło, a w dodatku są bezpłodni, choć to ostatnie przeszkadza im akurat najmniej, bo pozwala na dość swobodny tryb życia.

Oryginalna okładka
Szczególnym przypadkiem jest niejaki Król-Bóg, władca Hallandren - kolorowego i grzesznego według mniemania sąsiadów miasta, w którym zamieszkuje reszta panteonu i kwitną kwiaty pozwalające na wytwarzanie wspaniałych i stosunkowo tanich barwników. Nie dość, że może mieć dzieci i osiągnął Dziesiąte Wywyższenie (czyli wszystko, co da się wycisnąć), to jeszcze otrzymuje nie jeden Oddech tygodniowo, a nawet trzy lub cztery, co powoduje, że ma ich naprawdę spory zapas przekazywany zresztą z pokolenia na pokolenie. No i może z niego korzystać, a Dziesiąte Wywyższenie daje przerażające możliwości...

Za Susebrona, aktualnego Króla-Boga, ma wyjść księżniczka Vivenna pochodząca z cichego, szarego i szczycącego się skromnością Idris. Ma to zapobiec wojnie, gdyż Halladren od dawna czai się na żyzne ziemie królestwa i kontrolę nad skrzyżowaniem szlaków handlowych. Tyle że do króla Idris docierają niepokojące wieści - jego potężny wróg i tak zamierza zaatakować, a żony z królewskiego rodu (który notabene rządził kiedyś Halladren) potrzebuje do usankcjonowania swoich praw do tej części świata. Wobec takiego obrotu sprawy, z przyczyn, których streszczać nie będę, do miasta bogów wysłana zostaje nie Vivenna, a jej młodsza siostra - Siri. Przerażona dziewczyna trafia do miejsca, gdzie kolor i frywolność, uchodzące w jej ojczyźnie za grzech, są na porządku dziennym, gdzie każdy knuje i szuka własnych korzyści, gdzie przyjaciele mogą okazać się wrogami i na odwrót. Co gorsze, ma przecież poślubić Króla-Boga, istotę stanowiącą według jej religii najgorszą możliwą herezję, w dodatku okrutną i bardzo potężną. Nie wie też, czy wyjdzie z tego wszystkiego żywa.

Dość już tego streszczania, bo zaraz pojawią się spoilery, a w przypadku tej książki byłyby one grzechem ciężkim, gdyż Sanderson niejednokrotnie zaskakuje myląc tropy i wywracając wszystko do góry nogami. Oczywiście, powieść ma swoje wady. Jest nią bez wątpienia Szpon Nocy - gadający miecz o wyjątkowo morderczych skłonnościach. Choć bawi on czytelnika kilkoma zabawnymi tekstami i jest, no... mieczowaty w swoim myśleniu, generalnie czerpie garściami z innych gadających mieczy i służy głównie pozabijaniu kilku jegomości, kiedy sytuacja wydaje się beznadziejna. Sanderson wpada też w kilka schematów dotyczących postaci. Tak na przykład Vivenna i Siri to typowe siostry: jedna stateczna i poważna, a druga rozbrykana i nieprzewidywalna. Rozważna i romantyczna, chciałoby się powiedzieć. Trzeba przyznać autorowi, że mimo to przynajmniej jedną z nich da się lubić, ale na początku taka konstrukcja wywołała u mnie sporą rezerwę. Na tym jednak skończyłoby się chyba narzekanie... Tak, znalazłoby się jeszcze kilka drobiazgów, ale jakoś nie wydają mi się istotne. A kilka zarzutów, które miałam na początku czytania, pod koniec obróciło się w zalety.

Wspominałam już o tym, że Sanderson bardzo się poprawił, jeśli chodzi o konstrukcje postaci. I tu mój wielki ukłon w jego stronę: bohaterowie dobrzy są po prostu... dobrzy, a mimo to człowiek się do nich  przywiązuje, co w dobie wszechobecnej szarości jest bardzo trudne do uzyskania. Takich właśnie postaci od dawna było mi trzeba. Oczywiście nie to tak, że od początku wszystko jest jasne i ci, którzy wydają się w porządku, będą tacy do końca. Po drodze czeka czytelnika kilka zdrad i kilka niespodziewanych sojuszy, ale pewnej grupie reprezentującej konkretne wartości można najzwyczajniej w świecie zaufać. To sprawia, że książkę dosłownie pochłania się z wielką przyjemnością. Co więcej, ta dobroć wcale nie powoduje obniżenia napięcia czy wrażenia naiwności. Jest po prostu naturalna i wydaje się jak najbardziej na miejscu.

I teraz mam problem, bo chciałabym coś napisać o moim ulubieńcu, ale obawiam się, że zepsułabym tym zabawę ewentualnym czytelnikom, więc buzia na kłódkę. Właściwie, jakby się tak zastanowić, pisząc o jakimkolwiek bohaterze, zdradziłabym coś istotnego. Bo w Siewcy wojny mamy intrygę naprawdę wielopiętrową, przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach i świetnie zaprogramowaną. Poza tym, dzieje się coś, co bardzo lubię, a mianowicie zupełnie mimochodem, gdzieś między wersami, autor porusza ważne kwestie społeczne, unikając jednocześnie truizmów i wypowiadania się wprost.

Zdecydowanie polecam, zwłaszcza, że chciałabym sobie z kimś o tej pozycji porozmawiać, a nie chcę psuć zabawy.

A wracając do tego SMS-a... Obie z Carlą doszłyśmy  po doczytaniu do końca do wniosku, że Siewca nie jest jednak jak Magnolia, choć pewne rzeczy mogły się skojarzyć. Czyli odetchnęłam z ulgą ;)

poniedziałek, 22 listopada 2010

Piórko, czyli kolejny post bez sensu

Uzyskiwanie odpowiednich kolorów nigdy nie było moją mocną stroną. Nie wiem, czy to kwestia techniki, czy nieuctwa. Barwników nie podejrzewam, bo wiem, na co wydaję pieniądze. Ostatnio jest jakby lepiej, trochę poczytałam i wiem już, jak wydobyć blask czy pogłębić odcień. Tutaj taka mała uwaga: większość poradników jest do bani. Mnie najwięcej dało czytanie samych wskazówek artystów, a zwłaszcza artystów-samouków.

Ale to dopiero od niedawna, może od roku. Zresztą nareszcie mam się na czym w tej kwestii wyżyć, bo wpakowałam się w zlecenie. Przyjacielskie, co prawda, ale dobrze byłoby to wreszcie skończyć, a mnie szczególnie zależało (i nadal zależy), by ta akwarela stanowiła szczyt moich możliwości. Stąd straszliwie powolne tempo pracy, ale też zanotowany skok w poziomie warsztatu. Mam nadzieję, że efekt spełni oczekiwania, przynajmniej Carli, bo moich już na pewno nie. Nie ma to jak popełnić podstawowe błędy w kompozycji i pomieszać w fatalny sposób skosy z liniami poziomymi i pionowymi.

Niemniej kolejne porażki odnoszone w starciu z kolorami sprawiły, że bardzo polubiłam piórko. W moim wykonaniu jest ono toporne, ale przynajmniej unikam mordęgi z barwami ;) Pozwala też nieźle poćwiczyć, bo od razu widać wszystkie błędy, a raz popełnioną gafę bardzo trudno zatuszować.

Właściwie zaczęło się od polskiego w liceum, na którym czasami strasznie się nudziłam. Po latach stwierdzam, że nie była to wina nauczycielki tylko moja i mojego zbyt wysokiego mniemania o sobie, ale efekt był taki, że mój zeszyt zaczął zapełniać się bazgranymi często bez szkicu rysunkami. Czasem były to tylko ornamenty, czasem kompozycje na stronę lub dwie. Większość z nich składa się z samych błędów, ale sprawiało mi to wtedy sporo radości.

Oto, co z tego później wyrosło (ostatni obrazek jako link, bo zawiera treści +18, według mnie nic specjalnego, ale kto tam wie...):

Tak, nie ukrywam, że to obrazek "magnoliowy", kto czytał, ten wie ;)


I kolejna "magnoliowa" produkcja, gdzieś z końca trzeciego tomu. Jeden z tych obrazków, z których jestem autentycznie dumna, choć chyba go niechcący obróciłam...


Tu dla odmiany raczej porażka. Cóż, bywa i tak ;)


Szkicowe i bez zbędnego cieniowania, bo to właściwie rysunek czysto ćwiczeniowy, ale wyszło chyba nie najgorzej.


I ostatnia rzecz, stanowiąca efekt zadania sobie prostego pytania: na co syrenie stanik? ;)

niedziela, 14 listopada 2010

Wynurzenia o fan-fikach

Dzisiaj będzie bez sensu, ot kilka luźnych myśli o pisaniu. Po prostu, kiedy od dziesięciu lat siedzi się głęboko w jednym i tym samym projekcie, a wszystkie inne stanowią tylko chwilową odskocznię od zbyt ambitnego zamierzenia, zbiera się czasem na melancholię i wspominki. A od nich już tylko jeden krok do drętwych stwierdzeń typu "za moich czasów..."

Ale jednak: za moich czasów dzieciaki pisały. Pamiętam, że w podstawówce było nas trzech. Właśnie wchodziła do kin ekranizacja Drużyny Pierścienia (którą ja, za sprawą pani Skibniewskiej, znałam jako Wyprawę), więc wszyscy siedzieli w fantasy. Bardzo różnym, trzeba przyznać. Nie były to powieści oryginalne, błyskotliwe czy choćby ciekawe, tak naprawdę wszystkie korzystały z tych samych schematów, a jednak nasze twory mocno się różniły. Choćby dlatego, że wtedy nikt nie wiedział, co to fan-fik, wręcz przeciwnie - każdy z nas miał ambicje stworzenia czegoś nowego. Był więc dzielny rycerz usiłujący zabić złego czarnoksiężnika ukrytego w wieży, była jakaś syrena (tę produkcję pamiętam akurat najmniej) i moja skromna zielarka ratująca - a jakżeby inaczej - świat przed zagładą i zakochana w swym konkurencie. Pomysły stare i oklepane, ale na swój koślawy sposób urocze i utrwalone w stosach zeszytów, a nie na różowych blogaskach.

Jakby się dłużej zastanowić, to coś na kształt fan-fika też uprawiałam, ale w głowie i nigdy nie przyszło mi do głowy, że można by to spisać. Wymyślałam mianowicie alternatywne zakończenia do... Ogniem i mieczem. Była to pierwsza "poważna" książka po jaką sięgnęłam i pamiętam, że zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie. Do dziś mam do tej powieści pewien sentyment i to uratowało mnie ostatnio na egzaminie ;) 

Jeśli fan-fik, to tylko jako zabawa, ewentualnie wprawka. Nie jako twórczość i obawiam się, że względem tego stwierdzenia jestem niereformowalna. Rozumiem oczywiście, że nie wszystkie opowiadania tego typu to hołdy dla pań Meyer i Rowling, że nie wszystkie się błyszczą, że nie we wszystkich Snape biega po toaletach i czyha na niewinne Mery Sue, że część z nich ma ręce i nogi, i w dodatku napisana jest naprawdę nieźle. Sama przecież mam kilka odwołań do nich w linkach i od czasu do czasu tam zaglądam. Nie. Chodzi mi tylko o to, że nikt nigdy nie przekona mnie, że najlepszy nawet fan-fik jest gatunkowo równy przyzwoitej powieści. I nie chodzi mi też o to, by udowadniać komukolwiek wyższość "dawnej" dzieciarni nad dzisiejszą, bo z doświadczenia wiem, że autorki blogasków to nie cały pisarski narybek, poprawiałam przecież kilka niezłych i oryginalnych prac. Chodzi mi raczej o sposób przetwarzania rzeczywistości, o niezbędną do napisania czegokolwiek refleksję, ulegającą w przypadku fan fiction dodatkowemu odsianiu. Przecież nadbudowując historię na historii, korzysta się już z cudzych wniosków.

Nie liczę na to, że ktoś zrozumie, o co mi chodzi, bo piszę pokrętnie. Tak się tylko wynurzyłam...

czwartek, 11 listopada 2010

Epica - The Score. An Epic Journey

Dla porządku tylko dodam, że tytuły wszystkich utworów, jakie zamieszczam w opisach płyt, są linkami. Gdyby ktoś jeszcze tego nie zauważył ;)

Trochę zaskakujące może się wydać to, że ten post dostał - obok Recenzji - etykietę BMF, ale myślę, że wszystko się wyjaśni.

O Epice zdarza mi się pisać często przy różnych okazjach, ale pozwolę sobie zrobić to raz jeszcze. Pewnie nie po raz ostatni. The Score. An Epic Journey jest bowiem albumem specyficznym, trudno dostępnym i nie został w ogóle uwzględniony w wielu dyskografiach zespołu (podobnie jak The Classical Conspiracy).  A szkoda, bo w jakiś sposób dopełnia obraz muzyki uprawianej przez Epicę i rzuca więcej światła na dźwiękową (i nie tylko) wyobraźnię jej członków.

The Score... stawia przed sobą dwa ambitne zadania, z których trochę się wywiązuje, a trochę nie - już przy pierwszym przesłuchaniu uderza fakt, że album jest bardzo nierówny, nierzadko na przestrzeni jednego utworu zdarzają się fragmenty fantastyczne i kiepskie, czasem odnosi się po prostu wrażenie, że wizja kompozycji przerosła możliwości wykonawców. Jakie są te zadania? Po pierwsze, Epica porzuca symfonic metal i mierzy się z czymś zbliżonym do podszytej elektroniką neoklasyki. Po drugie, próbuje dźwiękiem opowiedzieć historię. To właściwie muzyczna baśń, napisana z iście młodopolską wiarą, że nutami można oddać rzeczywistość innych zmysłów. Oczywiście, mam świadomość, że to soundtrack (do holenderskiego Joyride), i że nie jest to historia niezależna, ale czuje się w tych utworach wyraźnie pewną narrację. Jakiś sygnał do traktowania tej płyty osobno daje okładka, zupełnie niezwiązana tematycznie z filmem. I oczywiście jej tytuł.

Kiedy The Score się ukazało, krytyka generalnie piała z zachwytu. Ja nie pieję. Może dlatego, że nie lubię, kiedy elektronika włazi z butami tam, gdzie nie powinna. Neoklasyka i muzyka filmowa sięgają po nią oczywiście i zwykle mi to nie przeszkadza, nie tam jednak, gdzie próbuje się nią zastąpić chór czy smyczki. Nie wie wszystkich utworach się to zdarza, ale w czasie kilku ciarki dosłownie przeszły mi po plecach. O dziwo najlepiej brzmi ona właśnie wtedy, kiedy ma być słyszalna, kiedy jest jednoznaczna i niczego nie udaje.

Drugim dość poważnym zarzutem, jaki mam wobec The Score jest kwestia jednego z motywów przewodnich, do złudzenia przypominającego Hunab k'u z Consign the Oblivion. Dwa pierwsze takty są niemal identyczne, a końcówka też podobna, trochę tylko uproszczona. Było to rozczarowujące, zwłaszcza że albumy ukazały się po sobie, w niewielkim odstępie czasu i po prostu nie dało się tego nie zauważyć.

Ale do rzeczy. Całość rozpoczyna Vengeance Is Mine. Krótkie, początkowo mocno elektroniczne w nielubiany przeze mnie sposób. Potem ten sam motyw zostaje powtórzony przy większym udziale orkiestry  (głównie smyczków) i jest już znacznie lepiej. Przyznam się jednak bez bicia, że nie wzbudził we mnie większych emocji, ot zaczął się i skończył. Niemniej pierwszy raz słyszymy tu jeden z kilku głównych tematów na The Score, którego możliwości zostaną później znacznie lepiej wykorzystane. Tak naprawdę jet to typowy Epicowy wstęp, taki jak wszystkie inne preludia, którymi rozpoczynają swoje albumy. Następne Unholy Trinity znacznie bardziej przypadło mi do gustu. Dynamiczne, z mniej słyszalną elektroniką (może poza fragmentem, w którym klawisze udają skrzypce) i zapadające w pamięć. Podobało mi się i już. The Valley brzmi z kolei w bardzo charakterystyczny, obecny zwłaszcza na późniejszych płytach zespołu sposób, przywodzący na myśl inspiracje wschodem. Świetnie skomponowany utwór, którego wykonanie budzi już jednak moją niechęć. Znów ta nieszczęsna elektronika łatająca dziury po normalnych instrumentach... Ma tu zresztą miejsce podobna sytuacja jak z Vengeance... - kiedy melodia zostaje powtórzona, brzmi już dużo lepiej. Kolejne Caught in a Web to - moim skromnym zdaniem - perełka. Co prawda pojawia się tu drugi dominujący motyw - ten wtórny, ale całość brzmi bardzo interesująco, zwłaszcza, że to jeden z tych utworów, w których elektronika jest elektroniką i nareszcie wzbogaca kompozycję, zamiast zgrzytać między zębami. Caught... ma też w sobie sporo z neoklasyki, pewną dramaturgię i nieprzewidywalność. Nie jest to utwór tak łatwy w pobieżnym słuchaniu, jak poprzednie, ale za to bardziej interesujący. Insomnia pozostawia nas w podobnym klimacie, przetwarzając - bardzo udanie zresztą - motyw z pierwszego utworu. Także ta kompozycja sprawiła mi sporą radość, głównie za sprawą fantastycznych smyczków i kotłów. Jest tu jeden dość banalny fragment, psujący nieco ogólne wrażenie, ale można go puścić w niepamięć. Under the Aegis zaczyna się bardzo elektronicznie, ale w tym przypadku mi to nie przeszkadza. Nie muszę już chyba wyjaśniać dlaczego. Altówka (chyba) wprowadza nas w część bardziej symfoniczną, może nie szczególnie oryginalną, ale jednak przyjemną. W kolejnym Trois Vierges pojawia się wokal Simone Simons. I tylko jej, bo to wersja solowa tego utworu. I właściwie prócz tego niewiele się różniąca od oryginału. Dla porównania wrzucam nagranie, w którym wystąpił Roy Khan. Słodka spokojna ballada, dająca możliwość wglądu w operowe umiejętności Simons. Nawet w tym miejscu pasuje. Mystica nie rzuca nas od razu z powrotem na głęboką wodę. Właściwie brzmi jak melodia z jakiegoś filmu przygodowego. Niczego mistycznego tu nie ma. Dziewiąte na liście Valley of Sins to jedna z dłuższych kompozycji, jakie zawiera album (nie licząc oczywiście tych z wokalem). I w dodatku jest kapitalna. Na początku otrzymujemy ciekawą elektroniczną interpretację nielubianego przeze mnie motywu. Brzmi on jednak wybornie i aż trudno go rozpoznać. Utwór, mimo iż przez większość czasu cichy, posiada ogromny ładunek emocjonalny i dramaturgię. Piękna kompozycja. Empty Gaze kontynuuje z początku nastrój poprzednika, ale niestety robi to w sposób, który zjeżył mi początkowo włosy na plecach. Kolejny grzech przeciwko elektronice - niestety. A mogło być tak fajnie... Potem jest już znacznie lepiej, a nawet bardzo dobrze, choć - obiektywnie rzecz biorąc - niewiele się dzieje. Następne jest The Allegared Paradigm. Utwór przetwarza po prostu temat przypominający mi Hunab k'u i tylko na nim się skupia. Szczególnie mnie ten fragment nie obszedł. Supremacy to z kolei następna kompozycja, na którą warto zwrócić uwagę. Zwłaszcza na fortepianową końcówkę, wywołującą niezmiennie dreszcze na kruffowych plecach. Beyond the Depth, duet gitary i skrzypiec, stanowiło dla mnie przy pierwszym kontakcie pewne zaskoczenie. Trzeba jednak przyznać, że w kontekście całej płyty, bardzo się w tym miejscu przydaje, niejako oczyszczając atmosferę i przygotowując słuchacza na to, co nastąpi. O samym utworze można powiedzieć, że jest... ładny.  Bez fajerwerków, skromny i cichy. Bardzo przyjemny. I to chyba wszystko. Epitome szczególnie mnie nie zachwyciło. Może nieco ponad minuta to za mało, by rozwinąć skrzydła, a może ja nie mam wystarczającej wrażliwości. Fakt, faktem, że nie mam pojęcia, co napisać. Inevitable Embrance znów sięga do głównego motywu, bardzo przyjemnie go interpretując. Przyspieszony, z dodanym wyraźnym rytmem, prezentuje się ciekawie. Klimat kolejnego Angel of Death jest łatwy do przewidzenia. Będą groźne, męskie chóry. Zaskakujące jest jednak to, że tym, co naprawdę warte większej uwagi w tym utworze, są partie ciche, mogące pozostać niezauważone wobec podniosłego nastroju większej części kompozycji. Nikną w cieniu, a szkoda, bo są smakowite. The Ultimate Return także lubię - dynamiczne i przewidywalne, nie wymaga może większego wysiłku od słuchacza, ale sprawia dużo przyjemności. To jedna z bardziej "filmowych" propozycji na płycie. Instrumentalną wersją Trois Vierges kończy się to, co na tym albumie dobre, zostają już tylko fortepianowa wersja Solitary Ground (wersja z Consign the Oblivion tutaj) i zbezczeszczony Quietus (wersja z Consign tutaj). Obie te próby są po prostu nieudane. Gdzieś uciekł ich duch i urok. Cóż, bywa i tak.

Album, może nie genialny, ale jednak ciekawy, słuchany wieczorem, przy przygaszonym świetle jest naprawdę wenogenny, polecam więc wszytskim fantastom. No, chyba że mają alergię na Epicę ;) Szczerze powiedziawszy, nie wydawałoby mi się to szczególnie zaskakujące.

piątek, 29 października 2010

Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Durnoty

Ileż ja się złego naczytałam o tym filmie! Ale pomyślałam sobie: "zaraz, zaraz, przecież to Indiana! Nie może być tak tragicznie!" Uzbrojona w tę logikę postanowiłam poświęcić trochę czasu i obejrzeć Królestwo Kryształowej Czaszki, zwłaszcza że za darmo, w telewizji misyjnej (co oznacza także brak reklam - AVE). 
To była trauma...

Recenzja nie jest recenzją profesjonalną ani nawet dobrą i z pewnością do takiego miana nie pretenduje, więc cała składa się ze spoilerów - lojalnie ostrzegam. To właściwie wylanie żalów nad tym, jak Spielberg i spółka zniszczyli moją ukochaną serię.

1. Ruscy - fatalni. Za mało ZSRR w ZSRR. Właściwie jedyny moment, który jakoś tam przypomina, że mamy do czynienia z komunistami to jedna z pierwszych scen, kiedy główna sucz (grana przez Cate  Blanchett) chwali się swoimi medalami i procentami wyrobionej normy. Po raz kolejny ujawnia się, jak mało Amerykanie wiedzą o świecie i jak powierzchowna jest to wiedza. Tyle, że w poprzednich częściach występowali całkiem nieźli naziści, ciągnący np. przez pustkowie gramofon i słuchający Wagnera, grabiący wszystko, co się świeciło i urządzający sobie kwatery w zamkach. Tu takich rzeczy nie ma. Czekałam, naprawdę czekałam, aż któryś Rusek wyciągnie słoninę i popije wódą. Nic z tego. Zostali wyprani ze swojej ruskowatości do tego stopnia, że gdyby nie rozmawiali po rosyjsku i nie jeździli samochodami z namalowanymi gwiazdami, trudno byłoby w ogóle zgadnąć, kim są. To byli po prostu Amerykanie ubrani w inne mundury, tyle tylko, że grani przez Rosjan.

2. Humor - ten element w serii w znacznej części opierał się na gagach, więc szczególnie błyskotliwych scen się nie spodziewałam, ale przez myśl mi nawet nie przeszło, że może być tak... drętwo. Chyba wystarczy, jeśli napiszę, że powszechnie krytykowany fragment, w którym Indiana chowa się w lodówce przed wybuchem bomby atomowej, należał do najśmieszniejszych. Późniejsze próby rozbawiania widza wywoływały głównie konsternację. A kiedy pojawili się wreszcie kosmici (choć średnio inteligentny szympans od razu zorientuje się, że o nich właśnie chodzi i właściwie tylko czeka na ostatecznie pandemonium), całość zaliczyła jeszcze jeden fatalny upadek w dół.

3. Nawiązania do poprzednich części - tak, jako fanka Indiany tropiłam je zaciekle. Złe, złe i jeszcze raz złe. O tym, że Jones boi się węży, twórcy przypominają widzowi w scenie tak banalnej i nudnej, że aż się chce płakać. Możliwości kapelusza też nie zostały wykorzystane i właściwie oglądamy kalki z poprzednich filmów. No niestety, jeśli kręci się czwarty obraz o tym samym facecie, którego nawyki i miny widzowie już doskonale znają, nie można tylko odcinać kuponów i wypadałoby się trochę wysilić. Jedyne, co wywołało mój uśmiech, to moment, w którym na ułamek sekundy pojawia się Arka Przymierza. I tak to właśnie powinno wyglądać - subtelne aluzje. A tym czasem dostajemy pałą przez łeb. Brakowało tylko gościa, który chodziłby z tabliczkami typu: UWAGA, TERAZ BĘDZIE NAWIĄZANIE DO WĘŻY.

4. Zdjęcia i montaż - ekipa próbowała film "postarzyć", żeby pasował do poprzednich części. Ale wyszło fatalnie. Sztucznie i komputerowo. Majstrowanie przy nasyceniu barw i kontraście to chyba nie był najlepszy pomysł, zwłaszcza, że ludzie, którzy to robili, mocno przesadzili. Nawiązujący do starego montaż wypadł nieco lepiej.

5. Postaci - co oni z nimi zrobili?! Gdzie jest ta Marion z pijackich zawodów? Dlaczego jest teraz taka miła i wiecznie uśmiechnięta? Co z samym Indianą? Jak to jest, że się go zwyczajnie w tym filmie... nie lubi? Już pomijam fakt, że scenarzyści chyba zapomnieli, że dodali swoim bohaterom kilka lat i zamiast zręcznie to wykorzystać, udają, że nic się nie stało. Myślałam, że to będzie jedno z głównych źródeł komizmu, ale po raz kolejny się zawiodłam.

6. Kosmici - czy ja naprawdę muszę to komentować?... No dobra, niech sobie Spielberg wsadza wszędzie ufoludki, jak mu się tak podoba, ale niech one będą chociaż oryginalne.

7. Błędy - w ich liczenie się nie bawiłam, ale podobno Królestwo Kryształowej Czaszki jest rekordzistą swojego rocznika.

Jedyne, co mi się podobało, to chyba Shia LeBeouf, jakkolwiek za nim nie przepadam. Niemniej ucharakteryzowany na Jamesa Deana, ze swoim nieodłącznym grzebieniem stanowił chyba jedyny jasny punkt tej produkcji.

JA NIE CHCĘ PIĄTEGO INDIANY!!! T_T

Na pocieszenie innym fanom o złamanym sercu polecam Notatki na marginesie Kury z biura (link obok). Kto jeszcze tam nie zaglądał, przekona się dlaczego ;)

wtorek, 26 października 2010

O języku historyje dziwne (cz. 1) - przecinek po raz pierwszy

Interpunkcja to zmora. Interpunkcji nikt nie rozumie i nie lubi, bo trzeba wyryć całą masę regułek, z których większość ma małym druczkiem dopisane jakieś "ale". Interpunkcję zatem omija się szerokim łukiem. Trochę szkoda, bo wiąże się z nią kilka bardzo interesujących opowieści, które nie tylko pomagają w stawianiu przecinków tam, gdzie trzeba, ale też dostarczają nieco radości z innych powodów. Ja sama żadnym specem w tej materii nie jestem, mam problemy jak każdy, choć kilka zasad teoretycznie znam. Niemniej postaram się w tym cyklu przybliżyć każdemu, kto zechce trochę pogapić się w monitor, kilka interpunkcyjnych opowieści.

Pierwsza z nich będzie dotyczyła tego, dlaczego przecinkami wydziela się w zdaniu wszelkie wołacze, np.:

Czy możesz mi pomóc, Aniu?
Każdy o tym wie, mój drogi Krzysiu, że...

Ma to swoje korzenie w czasach dawnych, a nawet bardzo dawnych, bo przedpiśmiennych. Przedstawiciele kultur oralnych (czyli nastawionych na mówienie, nieznających jeszcze pisma) charakteryzują się pewnym specyficznym sposobem postrzegania świata. Mądrze mówi się o nim jako o holistycznym - całościowym. W skrócie chodzi o to, że takie myślenie nie zna abstraktów, nie wie np. co to zielony, dopóki nie jest to zielona trawa albo pasikonik. Sama zieloność, jako cecha, nie istnieje, nie została wyodrębniona ani w świadomości, ani - tym bardziej - w języku. Prowadzi to do powstawania takich cudownych tworów, jakie wciąż jeszcze spotkać można w słownictwie ludów pierwotnych, w przypadku których jeden wyraz oznacza np. przejrzałego małego banana w ciapki leżącego pod płotem sąsiada (przykład - rzecz jasna - wymyślony, wiem, że durnowaty, chodzi o zasadę). Wszystkie cechy są sprzężone z rzeczownikiem i to on stanowi główny budulec języka, za jego pośrednictwem postrzega się też świat.

Żeby zrozumieć, co stało się później, trzeba cofnąć się pamięcią do podstawówki i wykresów zdań prostych. Zaczynało się je rysować od orzeczenia - ono jest najważniejsze (grzmiała nauczycielka), bez niego nie ma w ogóle zdania! Otóż kiedyś było inaczej. Kiedyś to podmiot wysuwał się na pierwsze miejsce, bo przecież wyraża się go za pomocą rzeczownika, a rzeczownik - jak już napisałam wcześniej - był dla pierwotnego języka najważniejszy i wokół niego dopiero organizowała się rzeczywistość. Trzeba było długiej ewolucji myślenia, by ludzie zauważyli, że "zieloność" nie jest cechą przypisaną jedynie trawie i żółwiom i że można ją wydzielić (wyabstrahować) i za pomocą wyobraźni przenieść np. na rzeczy, które normalnie nie są zielone. Trochę też potrwało, nim do podmiotu dołączyło orzeczenie, aż wreszcie powstały zdania bezpodmiotowe (Padało. Grzmiało. Błyska się.).

Niemniej wołacz - który przez niektórych językoznawców nie jest wcale uznawany za przypadek - stanowi właśnie pozostałość po tych pierwotnych "zdaniach", które wcale nie wymagały orzeczenia. Dlatego oddziela się go graficznie, bo przecież to jakby zamknięta całość, kiedy lepiej się mu przyjrzeć. Jeśli zawołam: "Aniu!" nie muszę dodawać "spójrz na mnie", bo Ania prawdopodobnie doskonale będzie wiedziała, o co chodzi.

Z tym wiąże się kolejna historia, tym razem o przydawce w apozycji, ale to zostawię sobie na później ;) I zapewniam, że wcale nie jest to takie straszne, jak brzmi.

sobota, 23 października 2010

Problemów ze Słowianami ciąg dalszy

Trafiłam ostatnio na fantastyczną pozycję, która może zainteresować poszukujących bliższych informacji o Słowianach, a skądinąd wiem, że tacy tu zaglądają. Nie-Słowianie o początkach Słowian to książeczka niewielka, tak formatem jak i ilością stron, zawierająca cztery artykuły i posłowie Przemysława Urbańczyka. W małym ciele wielki duch, chciałoby się jednak powiedzieć.

Niewątpliwie jedną z największych zalet tej publikacji jest dystans prezentowany przez badaczy, których problem etnogenezy Słowian nie dotyczy przecież bezpośrednio. Dla nich narosłe wokół zagadnienia kontrowersje mają tę samą temperaturę, co dylematy typu: "co było pierwsze, jajko czy kura". I już w pierwszym artykule człowiek dostaje pałką po głowie, kiedy Walter Pohl krótko i zwięźle definiuje chorobę, na jaką cierpi cała dyskusja, tocząca się od wieków (już można tak powiedzieć) na wschód i południe od Łaby. Dostrzega on pewną analogię pomiędzy problemem germańskości u nazistów, a słowiańskości u stalinistów. Według niego to drugie powiązanie nie zdążyło unaocznić się w historii tak bardzo jak pierwsze, ale wciąż pokutuje w nauce i dość mocno ją ogranicza. Od siebie dodałabym tu jeszcze brzemię romantyzmu i bredni o "Sławianach", których bezpośrednią spadkobierczynią wydaje się Maria Janion. Potem jest już tylko jazda bez trzymanki i nagle okazuje się, że problem etnogenezy Słowian jest jeszcze bardziej pogmatwany, niż ktokolwiek chciałby sobie wyobrażać. Ostateczny cios w podbrzusze ego polskich badaczy stanowi posłowie Urbańczyka, jak zawsze bezbłędnego (oczywiście nie w sensie naukowym) i bezlitośnie podsumowującego debatę ostatnich lat. Nie będę referować tutaj problemu, gdyż mogłabym tylko zanudzić na śmierć (nie potrafię, naprawdę nie potrafię opowiadać ciekawie o takich rzeczach), a post ciągnąłby się w nieskończoność, ale jeśli komuś ta tematyka jest bliska - gorąco polecam.
Nie ma to, jak czasem porządnie od kogoś oberwać.

P.S. Prof. Henryk Samsonowicz otrzymał wczoraj Order Orła Białego. Autentycznie się ucieszyłam, zupełnie jakby to był mój dziadek, a przecież nigdy wcześniej nie widziałam nawet, jak wygląda. Wiem, że to trochę dziwne ;)

piątek, 22 października 2010

Polonistyczności, cz. 2,5

Post podyktowało życie, można powiedzieć.

Tuż po poprzednim wpisie dotyczącym tej tematyki usłyszałam, jak pewna pani oburzała się, że niektórzy mówią, iż nauczyciele mają tylko osiemnaście godzin tygodniowo, skoro w Karcie Nauczyciela zostało zapisane, że jest ich czterdzieści. Cóż... Zapis taki rzeczywiście istnieje, z tym że w skład tych czterdziestu godzin wchodzą także dwie do dyspozycji dyrektora (na kółka, wyrównanki itp.) - i to właściwie jedyne, jakie można uznać za "normalne", a także czas potrzebny na przygotowanie lekcji, sprawdzenie prac i, uwaga, szkolenia. Nie znam się na prawie pracy na tyle, by stwierdzić, czy jakikolwiek inny zawód ma wpisane doszkalanie w ustawowy wymiar, ale wydaje mi się, że nie. Znam takich, którzy pracują uczciwie ponad czterdzieści godzin, a wszelkie szkolenia - choć obowiązkowe - załatwiają poza nimi, próbując jakoś znaleźć dla nich miejsce w napiętym planie.

Czyli nadal nie rozumiem. Zwłaszcza, że przy odrobinie samozaparcia już po siedmiu latach można osiągnąć najwyższy stopień w nauczycielskiej hierarchii, co wiąże się zarówno z wyższymi wynagrodzeniami, jak i barkiem obowiązku tak intensywnego doszkalania się.

To mnie przerasta, po prostu.

czwartek, 21 października 2010

Pergamin, czyli po prostu niemy zachwyt

Dziś tekstu będzie miało, za to sporo obrazków. No bo nie ma za bardzo czego komentować, można się co najwyżej napawać.

Kilka tylko słów wprowadzenia historycznego: pergamin to, jak powszechnie wiadomo, wyprawiona skóra cielęca lub koźla (szczególnym rodzajem jest welur, wytwarzany ze skór płodów cielęcych). Zdarzało się, że pergaminowe stronice barwiono nie tylko w miejscu, gdzie znajdował się inicjał, a na całej powierzchni. Uzyskiwano tła purpurowe, czarne i błękitne. Technikę tę stosowano głównie do wieku XII i potem od XV. Które kodeksy pochodzą z którego okresu można łatwo określić samemu na podstawie kroku pisma: starsze  litery będą wpisane w kwadrat i dwie linie, młodsze w prostokąt i cztery linie. Najpiękniejsze są chyba pergaminy barwione na czarno, ale niestety nie posiadam zdjęć. Jeśli kiedyś zdobędę, pewnie wrzucę. Tak jak pewnie napiszę coś więcej o samym pergaminie, jego rodzajach i sposobach obróbki.

Dość gadania. Pod spodem pergaminy barwione i kilka inicjałów. Bardziej obeznanym z tematem niektóre mogą się wydawać znajome ;)
















niedziela, 17 października 2010

Raport z oblężonej szkoły (Polonistyczności, cz. 2)

O tym, że w polskiej szkole źle się dzieje niby wszyscy wiedzą. Niby wszyscy znają też przyczynę takiego stanu rzeczy: słabo wykwalifikowana kadra,  wredne dzieciaki i debilne programy nauczania traktujące uczniów albo jak idiotów, albo jak geniuszy - zależnie od wybranej opcji. Problem w tym, że niewielu jest ludzi dobrej woli, którym chce się choćby kiwnąć palcem i coś w tej kwestii zrobić. I nie chodzi mi bynajmniej o szanownych kolejnych Ministrów. Chodzi o dzieciaki, rodziców i nauczycieli. Chodzi o samo podejście do szkoły jako takiej.

Ugotowani w bolońskim sosie

W kwestii wykwalifikowania kadry nic się niestety na lepsze nie zmieni. Może być wręcz jeszcze gorzej, bo zaczął obowiązywać system boloński, a zatem studia dwustopniowe, wprowadzające licencjat. Wygląda to ładnie na papierze, a w praktyce okazało się totalną porażką. Dla kompetencji przyszłych nauczycieli istotne jest przede wszystkim skrócenie czasu potrzebnego na uzyskanie pewnych uprawnień. Już po trzech latach można uczyć na poziomie podstawówki i gimnazjum. Przecież to żadna filozofia - chciałoby się powiedzieć. Dawniej obowiązywało jedynie Studium Nauczycielskie i ludzie jakoś dawali sobie radę. Jasne, tylko że tam byli przygotowywani do nauczania, pozostałej wiedzy posiadali tylko tyle, ile było konieczne. Teraz proporcje się zmieniły. Zawód nauczyciela zdobywa się mimochodem, zaliczając masę innych egzaminów. O ile mnie - nie wiążącej raczej ze szkołą swoich życiowych ambicji - to odpowiada, o tyle ktoś, kto urodził się po to, by zostać belfrem, musi się strasznie męczyć, kiedy wmawia mu się, że do nauczania dzieciaków niezbędna mu jest wiedza o gramatyce SCS-u. Nie było to dobre w systemie pięcioletnim. W systemie 3+2 jest wręcz tragiczne. Nie ma czasu na zdobycie doświadczenia, bo choć na praktykach w szkole podstawowej ląduje się już po drugim roku i na sto godzin, to z zerowym niemal stanem wiedzy. Kiedy człowiek zaczyna wreszcie łapać, o co w tym wszystkim chodzi, kiedy uświadamia sobie w końcu empirycznie (bo instynktownie czuje to od początku), że to, co wpajano mu na zajęciach to wierutne bzdury, czas się kończy. Efekt jest taki, że student ląduje z absolutnym mętlikiem w głowie, bo z jednej strony wie, że stosowanie się do wskazówek metodyków może go kosztować kiedyś życie, a z drugiej nie zdążył jeszcze wypracować własnego wachlarza zachowań i poglądów. Na przemyślenia ma zresztą niewiele czasu, bo pół roku później, w czasie przerwy zimowej trafia do gimnazjum. System boloński narzuca szalone tempo - niestety. Godzin praktyk także jest mniej, bo tylko sześćdziesiąt. Na liceum przewidziano już czterdzieści.

Metodycy - teoretycy

Stopniowi przygotowania nauczycieli do pracy w szkole nie sprzyja także kadra wykładowcza, składająca się w dużej mierze z ludzi, którzy nie uczyli wcale lub uczyli bardzo dawno. Łatwo wyobrazić sobie, czym to skutkuje. Teorie wygłaszane przez prowadzących wywołują albo dreszcz przerażenia, albo wręcz przeciwnie - opętańczy uśmieszek. Słowem-kluczem do większości z nich jest KREATYWNOŚĆ. Dzieciaki mają być KREATYWNE, za wszelką cenę. Za cenę chaosu, wrzasków i krwi na ścianie. Zdaje się jednak, że szanownym metodykom-teoretykom, którzy prawdopodobnie nigdy nie doświadczyli takiej kreatywności na własnej skórze, myli się ona z samowolą. Zadziwiający jest tu zwłaszcza przypadek jednej pani, która wręcz szczyciła się tym, że na jej lekcjach (dawno, dawno temu) panował bałagan i że inni nauczyciele przychodzili sprawdzić, czy coś złego się nie dzieje, bo to oznaczało przecież, że na jej zajęciach panuje twórcza atmosfera. Trzeba jednak przyznać, że hasła obwieszczające uwolnienie dzieciętach umysłów z jarzma systemu są chwytliwe i wielu szybko je łyka. O ile jednak młodzi nauczyciele, po pierwszym bananie rozsmarowanym na ścianie, dochodzą do wniosku, że coś tu jest nie tak, o tyle bardziej oporni okazują się rodzice.


Moje dziecko nie jest niegrzeczne. Jest niezależne.

Zdaje się, że rodzice są ostatnio bardziej oczytani w metodycznych nowościach niż nauczycielska kadra. Nie dopuszczają do świadomości, że ich dziecko mogłoby być pospolicie i zwyczajnie niegrzeczne. Nie - skoro rozrabia, to znaczy, że czuje się spętane szkolną rzeczywistością, że nie dorasta ona do jego kreatywności. Jest to dla nauczyciela szczególnie bolesne, bo jak wytłumaczyć takiemu rodzicielowi, że jego pociecha nie uczestniczy w indywidualnym programie nauczania i prócz niej jest w klasie jeszcze trzydziestu równie kreatywnych? Jak utrzymać dyscyplinę, jeśli dzieciak usłyszy w domu, że nie ma się czym przejmować, bo przecież on miał rację, a nauczyciel to miernota i nieudacznik życiowy?


Mój największy życiowy zawód? Zawód nauczyciela.
Czasami zresztą trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Nie jest tajemnicą, że nauczyciele, to najbardziej sfrustrowana grupa społeczna, w dodatku nastawiona roszczeniowo. No bo - bądźmy szczerzy - osiemnaście godzin tygodniowo to jakaś kpina. Ja rozumiem - zeszyty, kartkówki, prace, ale od czego są okienka? Poza tym, wiem z doświadczenia, sprawdzenie trzydziestu prac to około półtorej godziny dla takiego żółtodzioba jak ja. Liczmy zatem, że tydzień jest wyjątkowo intensywny i każda z trzech klas (po tyle mniej więcej mają pod opieką nauczyciele) ma jakieś wypracowanie do napisania. Daje to raptem cztery i pół, w porywach sześć godzin dodatkowo. Razem maksymalnie dwadzieścia cztery. Luzik. Lekcji w liceum miałam więcej, a nie dostawałam za nie ani grosza.
Praca wyjątkowo wymagająca? Tu też nie przesadzajmy. Jedyne, co jest naprawdę męczące, to hałas na korytarzach. Tu już kwestia zwyczajów szkolnych, bo odwiedzałam też podstawówkę, w której zamiast krzyków rozlegały się dźwięki muzyki klasycznej, a dzieciaki spędzały czas siedząc na miękkich kanapach i grając w karty lub po prostu gadając. Prawda jest taka, że większość nauczycieli ma w nosie lekcje i wcale się do nich nie przygotowuje. A ci, którzy to robią, czerpią z tego wyraźną przyjemność.
Pewnie wpływ na taki stan rzeczy ma niezdrowa atmosfera, jaka unosi się wokół tego zawodu, a którą nierzadko podsycają sami nauczyciele. Zwłaszcza starsze pokolenie jest przekonane, że znalazło się w szkole za karę, że uwłacza to ich godności osobistej, ambicjom i możliwościom intelektualnym. Wielu mówi wprost, że tego nienawidzi. 
A przecież być dobrym nauczycielem, zadowolonym z siebie i dumnym z dzieciaków jest bardzo trudno. Co więc uwłaczającego w dążeniu do takiego pułapu?

środa, 6 października 2010

Upierdliwy System Osłabiania Studenta...

...w skrócie USOS. Zmora studentów i pupilek władz uczelnianych. Wydaje się też, że twórcy systemu są z siebie bardzo zadowoleni. Musi tak być, skoro proces uzależniania wszelkich czynności związanych ze studiowaniem od tego badziewia nieustannie postępuje. Szczęście mają ci, którzy za jego pośrednictwem zapisują się jedynie na WF, choć i oni nie mają w życiu łatwo. Dlaczego tak narzekam na to jakże wielkie udogodnienie i ukłon w stronę naszej braci, jakim jest Uniwersytecki System Obsługi Studenta? Proszę bardzo - oto kilka autentycznych przypadków z najbliższego tylko otoczenia znajomych. Przypuszczam, że nietrudno byłoby znaleźć bardziej drastyczne.

Horror na WF-ie

Rejestracja do grup rozpoczyna się równo o północy. Problem w tym, że trzydzieści sekund później nie ma już miejsc dla pierwszego roku. Komu zawiesiła się strona, komu przerwało się połączenie - jego problem. Obowiązuje zasada "kto pierwszy, ten lepszy". A pod spodem jakże pocieszający komunikat, głoszący że niezarejestrowanie się do żadnej z grup grozi niezaliczeniem przedmiotu. I nie zajęli tych miejsc bynajmniej ci, którzy powinni. Zdesperowany pierwszy rok dobija się do odpowiednich drzwi, ale szanowni decydenci wyznaczają im spotkanie w samym środku dnia, w czasie pierwszych zajęć. No bo kogo to obchodzi, że rozpoczynający studia chcieliby się czegoś dowiedzieć, rozejrzeć po uczelni, nie podpaść wykładowcy, że są przerażeni i nie wiedzą jeszcze, na ile mogą sobie pozwolić. Biada temu, kto przyszedł tylko godzinę wcześniej. Obsłużony został w okolicach szesnastej. Nieszczęśnicy zostają wepchnięci tam, gdzie są jeszcze jakieś wolne miejsca. A miejsca - jak nietrudno zgadnąć - są głównie na kulturystyce. Osoba, której opowieść dotyczy, ląduje szczęśliwie na tańcu. Mogło być gorzej, choć WF wciśnięty między inne zajęcia to nie najlepsze rozwiązanie. Ale lepsze to niż dźwiganie ciężarów. Naturalne obawy, jakie mają dziewczyny w związku z podobnymi propozycjami dotyczą proporcji między nimi a facetami. Panie czeka szok, bo oto okazuje się, że jest ich piątka. Reszta to panowie. W dodatku dość słusznych rozmiarów.  Finał tej historii jest taki, że instruktorka informuje grupę, że będą się zajmowali tańcem towarzyskim, nowoczesnym i klasycznym, po czym wybucha dzikim, opętańczym śmiechem.

Siostra latyno-joginka
Wśród tych, którzy trafili do opisywanej grupy, znalazła się też jedna siostra zakonna. Swoją drogą, trudno się siostrzyczce dziwić, że wybrała taniec, skoro alternatywą dla teologii była według USOS-u... joga. Brawo planiści! Cóż za takt! Co za wyczucie!

Ach, bez praktyk to my pani nie chcemy

A to z kolei przypadek z mojego własnego życia. Długo zastanawiałam się, czy ciągnąć drugą specjalizację, bo okazało się, że jeden z przedmiotów nałoży na mnie takie obciążenia, że prawdopodobnie ucierpiałby na tym mój licencjat. Po prostu wykładowca ma zamiar zrealizować pewien projekt i znalazł łosie, które w zamian za zaliczenie zrobią to za niego. W związku z tym odłożyłam robienie praktyk na jesień. Opiekun specjalizacji też nie miał nic przeciwko, mój indeks został przyjęty bez problemów i wydawało mi się, że wszystko jest załatwione. Otóż nie. Okazało się, że praktyki zostały przydzielone  przez system do drugiego roku i koniec. Rozwiązanie było oczywiście banalnie proste i złożyłam oświadczenie o rezygnacji z praktyki. Problem w tym, że USOS nie dopuścił mnie już do pierwszej tury rejestracji. A drugą - trzydniową - rozpoczął z jednodniowym opóźnieniem. Dla osoby, której od ósmej (godzina rozpoczęcia rejestracji) nie ma w domu, bo robi inne praktyki, był to pewien problem.

Obowiązkowe nie dla wszystkich
Limity miejsc na wykłady obowiązkowe to już lekki absurd, zwłaszcza, kiedy dwadzieścia minut po rozpoczęciu rejestracji nie ma już żadnego ze stu osiemdziesięciu przewidzianych miejsc. Przedmiot można zrobić w dowolnym czasie w ciągu trzech lat, problem w tym, że planiści z maniakalnym uporem mi to uniemożliwiali przez cztery kolejne semestry. Pasował mi dopiero teraz. Tyle że ktoś podpowiedział pierwszorocznym, że warto zaliczyć to już na początku. I w ten sposób jest to jedyny wykład z kompletem. Szkoda, że konieczny do zaliczenia studiów.

Z laptopem w szpitalu

Trzeba przyznać, że autorzy systemu zabezpieczyli się na wszelkie możliwe sposoby. Znalazłam na stronie komunikat o tym, że ani nieobecność, ani choroba, ani brak dostępu do komputera i Internetu nie zwalnia studenta z obowiązku zarejestrowania się w wyznaczonych dniach. Można by użyć argumentu, że terminy zostały podane z wyprzedzeniem, z tym, że po drodze ulegały szeregowi zmian, często z dnia na dzień. I co z naprawdę ciężko chorą osobą, przebywającą w szpitalu i mającą na głowie ważniejsze rzeczy, niż USOS? Ale kogo to obchodzi?

Niby wiedziałam, że student jest - żeby nie używać bardziej dostanych słów - gumą, która przykleiła się uczelni do podeszwy, ale przynajmniej ta podeszwa okazywała czasem ludzkie uczucia i miało się chociaż wrażenie, że komuś zależy, zwłaszcza, jeśli trafiało się na tak fantastycznych wykładowców jak część moich. Teraz jednak podeszwa ma twarz USOS-u. Teraz dopiero uświadamiam sobie powoli, że nadepnięta guma, to jednak śmieć.

środa, 1 września 2010

Fantasy z klasą

Jakiś czas temu (aż strach pomyśleć jaki) pisałam o fantasy z mózgiem, dziś czas na klasę, bo nawet w tym gatunku - niekojarzącym się bynajmniej ze szczególną elegancją - trafić można na wyrafinowane perełki. Należy do takich bez wątpienia cykl autorstwa Susanny Clarke - Jonathan Strange i pan Norrell. Seria składa się z trzech książek średniej grubości (przeciętnie koło czterystu stron), nie zajmuje zatem szczególnie dużo miejsca ani czasu, a zaznajomić się z nim warto. No bo niesamowita angielska ironia, no bo czarny humor, bo dżentelmeni-magowie i dziewiętnastowieczna dowcipna narracja. Cud, miód i maliny, tym bardziej, że dzieje się tu rzecz przedziwna: mimo całej swej lekkości, powieść staje się czasami... przerażająca. Kontrast między wyszukanym językiem salonów a makabrą kilku scen, potęguje tylko efekt grozy i przywołuje na plecy dreszczyk (tu ogromne brawa dla tłumacza).

Zaczyna się wszystko bardzo spokojnie, od opisu pewnego Towarzystwa, zajmującego się głównie pączkami i sherry. A w międzyczasie studiującego magię. To szanowni magowie teoretycy, wiodący poczciwy żywot wśród ksiąg, aż do momentu, gdy nie pojawia się między nimi ktoś, kto ma odwagę zapytać, dlaczego właściwie nikt już w Anglii nie uprawia magii praktycznej. Okazuje się, że to naprawdę kłopotliwe pytanie. Wkrótce wychodzi na jaw, że jest jednak ktoś, kto zna się na czarodziejskich praktykach. Magowie teoretycy biorą go oczywiście za oszusta, ale zmieniają zdanie, gdy tajemniczy pan Norrell prezentuje im swoje umiejętności (jedna z piękniejszych, bardziej plastycznych scen, więc nie będę zdradzać, jak to się dzieje). Problem w tym, że zgodnie z obietnicą, jaką złożyli, wszyscy teoretycy tracą uprawnienia do tytułowania się magami. A zgorzkniały, siedzący dotąd z nosem w książkach i bardzo zasadniczy pan Norrell, staje się z dnia na dzień bardzo ważną osobistością. Nie potrafi sobie jednak poradzić z salonowym życiem, hordą ministrów, wróżbitą-oszustem i tysiącem innych rzeczy, a pewna arcytrudna sztuczka ściąga na niego kolejny kłopot - dżentelmena o włosach jak puch ostu. No i trwa wojna z Napoleonem. Jonathan Strange - mężczyzna utalentowany, ale dość lekkomyślny - będzie więc dla niego tylko kolejnym utrapieniem. Zwłaszcza, że staje się powoli konkurencją. W dodatku konkurencją, głoszącą bardzo niebezpieczne poglądy...

Przez te książki się po prostu płynie. Pani Clarke to mistrzyni operowania językiem i uroczej stylizacji. Wszystko przenika atmosfera dziewiętnastowiecznego blichtru, ironii i flegmy - od opisywanych miejsc, przez bohaterów, aż po każde słowo. Klasa. Ogromna, ogromna klasa.

poniedziałek, 26 lipca 2010

Staropolska on-line

Każdy ma swój fetysz. No dobrze, prawie każdy. Ale ja, z racji tego, że choć wciąż jestem singielką z wyboru, nieuchronnie zbliżam się ku chwili, w której zacznę być po prostu starą panną, pieczołowicie pielęgnuję dziwactwa. Potem kupię sobie jeszcze tylko kota.

Palpitacje na widok rękopisu to z pewnością jedno z takich dziwactw. Czytanie artykułów na temat tego, jak rozpoznać, po której stronie pergaminu rosły włoski, kiedy był jeszcze skórą - też. Jeśli jednak ktoś chce łyknąć średniowiecza, zerknąć na teksty, pooddychać nimi, zachęcam do kliknięcia na podane linki.

A może ktoś złapie bakcyla? Bo prócz samych tekstów, są na Staropolsce także ciekawe artykuły, dotyczące głównie języka i utworów, ale też zahaczające tu czy tam o kulturę. Na pewno polecane fantastom, zwłaszcza tym, który porywają się na średniowieczne stylizacje (taa, dostaję szału, kiedy czytam kogoś, kto myśli, że wystarczy wpleść w wypowiedź bohatera kilka "jeno" i "azaliż", by brzmiało jak mowa przodków).

Staropolska on-line

Korpus tekstów staropolskich

wtorek, 20 lipca 2010

W łaźni bogów

Nadrabiam zaległości w znajomości klasyki. Tym razem padło na Spirited Away: W Krainie Bogów (Sen to Chihiro no kamikakushi)z 2001 roku, choć nie wzięłam się za oglądanie tego filmu z własnej woli. Nasze przemiłe spotkanie nastąpiło przy okazji zajęć, w trzydziestostopniowym upale i dusznej sali. Niemniej było warto. Naprawdę. I nawet ja - nienależąca do szczególnie gorących entuzjastek kultury mangi i anime - muszę to przyznać.

Nie zaczyna się bardzo obiecująco. Mała Chihiro bardzo przeżywa przeprowadzkę i rozłąkę z przyjaciółmi, nie może zrozumieć, dlaczego kazano jej wszystko porzucić i zamieszkać w innym, obcym i nieznanym miejscu. Podczas sceny jazdy samochodem, jej wrażliwość zostaje ostro skontrastowana z obojętnością rodziców, niepojmujących bólu dziewczynki. Za ostro. Pewnie to przepaść kulturowa, ale scena ta wydała mi się mocno egzaltowana i przesadzona. Zbyt dosłowna, zwłaszcza w porównaniu do subtelności ciągu dalszego.

Żeby jednak nie przyspieszać: rodzinka tradycyjnie myli drogę i trafia na leśną ścieżkę urywającą się nagle i przechodzącą w coś na kształt świątyni czy też pawilonu (absolutnie nie znam się na azjatyckiej architekturze). Ciekawi tego, co też znajduje się w środku, porzucają samochód i - nie zważając na niepokój Chihiro - ruszają przed siebie. Po drugiej stronie pawilonu znajdują opuszczone miasto, które składa się... z samych restauracji. W jednej z nich znajduje się nawet sporo pysznego jedzenia, niepilnowanego, a zatem za darmo. Dziewczynka nie chce jednak jeść. Czuje, że coś jest nie tak... Wymyka się, by obejrzeć miasto i wtedy spotyka Haku - chłopca, który ostrzega ją, że powinna opuścić to miejsce przed zmrokiem. Jest jednak jeden problem. Rodzice Chihiro, za zjedzenie potraw, nieprzygotowanych bynajmniej dla nich, zostają zamienieni w świnie. Aby ich uwolnić, a także uratować własną skórę, dziewczynka musi podjąć się pracy dla Yubaby - czarownicy prowadzącej łaźnię dla... bogów. To nie będzie łatwy chleb.

Dalsza część może zawierać spoilery.

Pomijając nawet fakt, że fabuła wymyka się naszym schematom wyobrażeniowym i nieco szokuje obcą europejskości stylistyką, warto podczas oglądania zwrócić uwagę na kilka szczegółów. Po pierwsze - kwestia imion, czy może raczej kradzieży imienia. Kiedy Yubaba daje Chihiro do podpisania umowę, zmienia jej imię na Sen. To bardzo znaczący moment, bo od tej chwili dziewczynka zacznie zapominać o swoim pierwotnym imieniu, a wkrótce dowie się od Haku, że bez jego znajomości, nie będzie mogła wrócić do domu i uratować rodziców, bo - nadając jej nowe imię - Yubaba zdobywa nad nią władzę. Osobiście przypomniało mi to myśl z Małego Księcia, o tym, że żeby coś oswoić, trzeba to nazwać.Tu sytuacja jest odwrotna - nazwanie powoduje zniewolenie, podporządkowanie własnemu wyobrażeniu. Bardziej pesymistyczne, ale jakby bliższe prawdy.

Drugim wątkiem, który przykuł moją uwagę, była historia Boga Bez Twarzy. Długo, długo się nad nim zastanawiałam. Bo z Bogiem Bez Twarzy jest tak, że pochłania. Wszystko - począwszy od przekąsek, a skończywszy na obsłudze łaźni. Dzieje się tak, gdy skorzysta się z jego oferty, a oferuje on to, czego się akurat pragnie lub potrzebuje. Oczywiście jest samotny i nieszczęśliwy, oczywiście Sen go polubi, kiedy wszyscy inni już się go wystraszą. Próbowałam to jakoś zinterpretować, ale wszystkie moje pomysły rozbijały się o jakiś szczegół. Proste odpowiedzi, takie jak chciwość czy wygoda, wydają się zbyt proste. Poza tym, to przecież inny krąg kulturowy, inny system wartości.

Wreszcie Yubaba i jej siostra Zeniba. Czyli dwie strony medalu, można by powiedzieć. Dwa oblicza tej samej osobowości. Zresztą pada nawet zdanie, że obie siostry się dopełniają. Motyw stary, chciałoby się rzec, ale co z tego? Że zacytuję Stephensona: "co jakiś czas ktoś odkrywa koło". A do tej historii to koło wyjątkowo pasuje, zwłaszcza, że w scenariuszu jest jeden myk, ale jaki - nie powiem ;) Myślę, że oglądając film, można się zorientować.

niedziela, 27 czerwca 2010

Europa. Krajobraz oglądany z byczego grzbietu

Na prośbę hevi i Pingvina. Esej wyprodukowany przy okazji WOK-u, o kulturze, dekonstrukcji, psychoanalizie i takich tam. Nie wprost, ale - mam nadzieję - strawnie.

Produkcja pasztetu i inne nieprzyzwoitości

Pytanie o prywatną europejskość jest w istocie pytaniem o cały proces przetwarzania wnętrza przez wnętrze, a może raczej uwewnętrznionego przez uzewnętrzniające. Zmusza do analizy sfer absolutnie subiektywnych i określenia świadomości przez samą siebie, co okazuje się niemożliwe, jeśli wziąć pod uwagę, że rozważaniu poddana zostaje nie sama struktura myślowa, a jakaś jej interpretacja, której w dodatku nie sposób skonfrontować z rzeczywistością.

Czymże jest bowiem europejskość, jeśli nie punktem widzenia?

Wygląda więc na to, że nie będzie to żadną miarą tekst rzetelny. Zabraknie mu zapewne nie tylko obiektywności, ale nawet tej minimalnej dozy otwartości, która mogłaby mu nadać jakąkolwiek wartość poznawczą. Chyba że przyjąć – co wymaga zresztą zbędnego wysiłku – iż sam efekt jest ciekawszy od procesu jego powstawania. To się sprawdza, ale tylko w przypadku puszki z pasztetem o niesprecyzowanym bliżej składzie, którego lepiej nie znać, a którym raczej nie jestem.

A przynajmniej taką mam nadzieję.

Pozwolę sobie nadmienić, że na tę całą męczącą subiektywność nakłada się także warstwa kurtuazji, indywidualnego sposobu używania języka oraz forma pseudoeseistyczna, wymuszająca przecież filtrowanie i odrzucanie sporej części nieuczesanych myśli. Nie wróży to dobrze obiektywnej jakości rozważań i nie przyczynia się raczej do ich użyteczności. Faktem jest natomiast, że fałsz wydaje się często – zapewne zbyt często – lepszy od prawdy (mnie samej jest przecież łatwiej wierzyć w istnienie materii jako takiej), pozwolę więc sobie na wyprawę w krainę ułudy. Bez niej przecież żadne uzewnętrznianie nie miałoby sensu.

Zatem – Europa to ja.


Tworzywo sztuczne


Europejskość, jak już zostało wspomniane, to punkt widzenia. Klisza lub soczewka. To zbiór motywów i pewien modelowy układ wartości, do którego – chcąc czy nie – trzeba się odnieść, jeśli dorastało się w kulturze naszego niby-kontynentu. Co więcej, nie jest to system klarowny czy choćby stabilny. Można by się w tym miejscu odwołać do toposu labiryntu, jednak tylko po to, by wpaść w logiczną pułapkę i próbować wyjaśnić europejskość przez europejskość. Trudno bowiem o silniej osadzony w helleńskiej spuściźnie motyw.

Niestety, prócz tych trwałych pozornie fundamentów, jest też cały ogromny obszar płynności, która nie dość, że sama ulega zmianom, to jeszcze wymusza coraz to nowe interpretacje tego, co zdaje się ustalone na przestrzeni dziejów.

Takie jest przynajmniej wymaganie stawiane przez europejską aksjologię myśli, nieistniejącej praktycznie bez opozycji. Wszystko jedno, czy będą to kontrasty synchroniczne (międzykulturowe) czy diachroniczne (wewnątrzkulturowe). Być może nawet te drugie, wynikające z napięć między formacjami, są bardziej produktywne. Inną sprawą jest oczywiście jakość tej produkcji, noszącej niekiedy znamiona chorobliwego egocentryzmu. Czym innym jest (i – jak sądzę – mniej szkodliwym) egotyzm refleksji, a czym innym refleksja hedonistyczna. O ile bowiem pierwsze zjawisko prowadzi co najwyżej do pomieszania subiektywnego z obiektywnym, co jest w gruncie rzeczy nieuniknione, o tyle drugie odznacza się szalonym pędem ku własnej przyjemności wynikającej z tryumfu nad dotychczasowym dorobkiem myśli i znalezieniem nowego, bez względu na to, czy ma ono jakikolwiek sens poza świadomością autora, czy nie. I to wszystko – o, ironio – w czasach nazywanych szumnie ponowoczesnością.

W swym naiwnym prawdopodobnie rozumowaniu sądzę, że poszukiwanie nowego nie powinno być tylko grą koncepcjami. Uczciwe, operuje, jeśli nie rzeczywistością, to przynajmniej fenomenami, a zatem próbuje – nawet jeśli nie posiada ku temu narzędzi – dociec jakiejś prawdy, co, jak się zdaje, jest nadrzędnym celem rozumowania. Natomiast odrzucenie jej istnienia unieważnia wszelką myśl, gdyż zmusza do posługiwania się pustymi pojęciami. Jeśli bowiem nie ma prawdy, pojęcie nie odnosi się w istocie do niczego, a raczej nie odnosi się do niczego wypadkowa jego nominalistycznych użyć. A skoro tak, należy odrzucić także ich konwencjonalność i przyjąć, że jakiekolwiek znaczenia są zależne wyłącznie od kontekstu. A jeśli wszystko jest zależne od kontekstu i nic nie ma obiektywnego znaczenia poza samym sobą, dysponujemy jedynie zbiorem pustych elementów, których struktura zależy tylko od kaprysu układającego. Skutkuje to oczywiście kompozycją niemożliwą do odczytania.

Czyli bezsensowną.

Rzecz jasna, nie wyrażam tu naiwnej nadziei, że człowiek – uzbrojony w intelekt – jest w stanie ogarnąć rozumem strukturę wszechświata. Sądzę jedynie, że jakaś prawda istnieje – nawet jeśli nieosiągalna – i celem nadrzędnym każdej myśli jest mozolne się do niej zbliżanie. Jeśli tego wymogu nie spełnia, może stanowić najwyżej estetyczne intelektualnie kłamstwo, przy czym należałoby wyraźnie odróżnić kłamstwo od błędu – wynikającego z tych samych pobudek, co ewentualne kroki na przód.


*


Niezwykle trudno jest poruszać się w kulturze, która daje prymat skrajnemu relatywizmowi z jednej strony i szuka uniwersalizmu z drugiej. Zwłaszcza, że praktycznie nie ma między nimi wyboru, gdyż są paradoksalnie łączone w jedno. A jeśli ktoś nie zgadza się z żadną z tych wizji, niejako z definicji zostaje umieszczony na marginesie głównych prądów myślowych, co samo w sobie jest pewnie cenne, ale dość ryzykowne.

W rezultacie tego połączenia powstaje przedziwna hybryda: jakby złudna dowolność zamknięta w jakiejś ciasnej przestrzeni tego, co poprawne ze względu na swoją uniwersalność. Czyli jest to wolność sztuczna, tak jak cały dyskurs odrzucający istnienie obiektywnej prawdy.

Zatem moja Europa, mimo że refleksyjna, jest też poliestrowa.


Zbiór pusty


W dodatku cierpi na rozdwojenie jaźni.

Problem postulowanej uniwersalności kultury europejskiej jest dość skomplikowany, bo trudno znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich jej odcieni. Chcąc czy nie, trzeba wybierać spośród skrajnych nieraz opcji, dotykających fundamentalnych kwestii i dylematów, których rozstrzygnięcie nadaje kształt wszelkim innym pytaniom o rzeczywistość.

Pojawia się wątpliwość, czy powstały w ten sposób produkt rzeczywiście jest uniwersalny, zwłaszcza, że – co całkiem naturalne – jedna decyzja pociąga za sobą inne, na zasadzie zwyczajnej konsekwencji. W przeciwnym wypadku powstały twór okazałby się wewnętrznie niestabilny i pewnie szybko by się rozpadł. W rezultacie jednak to, co miało stanowić kompromis, coraz bardziej zbliża się do jednej z dostępnych opcji. Niezależnie od jej oceny, trudno mówić tu o jakiejkolwiek uniwersalności.

Gdyby produkt nazywany powszechnie kulturą europejską rzeczywiście dążył do neutralności, mogłoby się okazać, że opiera się na zbiorze pustym albo prawie pustym. Istnieją co prawda pewne motywy rozpoznawane i funkcjonujące w myśleniu niezależnie od ideologicznego punktu wyjścia, jednak ich interpretacja nastręcza już sporych trudności, wynikających głównie z różnic w sposobach postrzegania konwencji.

Wygląda na to, że Zygmunt Freud rzeczywiście należy do najbardziej znaczących postaci w dziejach myśli europejskiej i nie jest w stanie zmienić tego nawet fakt fałszowania wyników jego badań. Zaszczepił w naszych głowach pewien konkretny sposób patrzenia na kulturę, jako na formę zbiorowej terapii. On i jego następcy nadali konwencjom wyższą rangę, pozwalając im przejść drogę od narzędzia komunikacji do narzędzia poznania. To, co stanowiło efekt obserwacji i swoistą syntezę spostrzeżeń, stało się nagle samym procesem. Człowiek zaczął myśleć efektami własnej myśli. A może nie tyle zaczął, co miał zacząć. Wydaje się bowiem, że – wbrew pozorom – taki sposób patrzenia na kulturę, choć powszechny, ma pewną słabość, która uwidacznia się, kiedy jakiś jej przejaw nie stanowi intencjonalnego nawiązania do utrwalonych motywów i nie odtwarza ich schematów. Odbiorca, wykazujący naturalną skłonność do klasyfikowania doznań, na co najlepszym dowodem są choćby pojęcia abstrakcyjne, czuje się wobec nich zagubiony. Wystarczy wtedy jeden, nawet przypadkowy element, pozorna zbieżność ustalona na zasadzie subiektywnych przecież skojarzeń, by przypisać to, co nowe temu, co stare.

Pojawia się pytanie, czy takie pieczołowite dzielenie dorobku kultury na opozycyjne często podgrupy, rzeczywiście powoduje jej uniwersalizację i ułatwia komunikację, czy też raczej ten dorobek zubaża, kładąc nacisk na to, co powtarzalne, a nie na to, co świeże i niejednokrotnie bardziej istotne.

Istnieje oczywiście odwrotny sposób patrzenia na konwencję. Wydaje się on o tyle bezduszny, że odbiera jej prawo do ukrywania prawdy o człowieku i zasadach jego funkcjonowania oraz niebezpiecznie zbliża ją do sfery ludyczności. Przywraca jej jednak status syntezy jednostkowych spostrzeżeń i wykorzystuje ją jako pewien uogólniony znak. Pozwala uruchomić ciąg skojarzeń bez zbędnych objaśnień.

Ten sposób patrzenia zakłada jednak, że nie ma w dziele danego motywu, jeśli nie został on użyty intencjonalnie. W przeciwnym wypadku można mówić co najwyżej o zbieżności wniosków wynikających z obserwacji, w tym także z obserwacji części składowych kultury.

W tym miejscu uwidacznia się chyba najważniejsza różnica w obu sposobach myślenia. W pierwszym, który nazwę umownie „psychoanalitycznym”, powtarzalność pewnych wątków ma związek z zasadami funkcjonowania ludzkiej psychiki. W „ludycznym” wiąże się raczej z wychowaniem w pewnej strukturze myślowej, a zatem w tym przypadku droga od konwencji, do procesu poznania, prowadzi w rezultacie nie tyle do najgłębszych pokładów podświadomości, co raczej do punktu wyjścia – do samej kultury.

Pierwszy sposób wydaje się prawdopodobnie bardziej atrakcyjny i emocjonujący, bo zakłada możliwość poznania tego, co niepoznawalne i – przede wszystkim – niesprawdzalne. Nie tłumaczy jednak w żaden sposób różnic wyobrażeniowych w poszczególnych systemach. Nie uwzględnia też problemu oddzielności rzeczywistości od myśli o niej i zakłada powtarzalność.

Jeśli zatem uniwersalna kultura europejska miałaby się opierać nie na niemożliwych do pogodzenia wartościach, a na zbiorze motywów, mogłoby to oznaczać jej hermetyczne zamknięcie. Przyznam, że przeraża mnie wizja funkcjonowania w świece sklasyfikowanym i oddzielonym sztucznymi, nieprzekraczalnymi granicami.


Centrum – anty-centrum


Kolejnym problemem, jaki napotykam, jest określenie właściwych granic Europy. W sensie geograficznym – choć bardzo umowne – istnieją. W sensie duchowym, właściwie nie. Mówi się co prawda o europeizacji kultury, ale co to tak naprawdę oznacza? Czy rzeczywiście jest tak, że przedstawiciele innych sposobów myślenia przyswajają sobie jakiś ogólny schemat charakterystyczny dla naszego rejonu świata? Co, jeśli to po prostu zbieżność wniosków, a my – Europejczycy, nie radzimy sobie z własnym ego?

Europa w jakiś sposób wyróżniała się zawsze na tle innych kontynentów. Miała dla nich znaczenie jako całość. Często – co wydaje mi się szczególnie interesujące – skojarzenia, jakie budziła, można by nazwać ogólnie mało sympatycznymi. Wystarczy wspomnieć wizerunek naszej kultury w Marmurowym Faunie, wrażenie, jakie zrobiliśmy na Japończykach, gdy nagle zjawiliśmy się u ich brzegu, czy – sięgając po przykład współczesny – stosunek, jaki mają do nas Muzułmanie (tu symptomatyczny jest zwłaszcza przypadek Francji). Zawsze w opozycji. Zawsze odnośnie do. Nigdy jako. W systemie binarnym wciąż jawimy się jako zero. Chyba, żeby uznać, że nieprzyjemny zapach odkrywców Japonii, to jednak wartość dodatnia.

Cała ta opowieść o cuchnących Europejczykach wydaje się jeszcze zabawniejsza, kiedy wspomni się, że mydło posiadali już barbarzyńscy Goci i używali go bynajmniej zgodnie z przeznaczeniem.

Zaistniały stan rzeczy ma swoje źródła prawdopodobnie w tym, czym Europa się szczyci – w dynamicznych przemianach intelektualnych, w ruchliwości prądów myślowych, wywołujących jednak niestabilność i zamazujących ideologiczny obraz kontynentu poza nim, a także w jego wnętrzu. Nie posiadamy centrum.

Mówi się często o dominacji Francji i Niemiec. Zdaje się jednak, że jeśli chodzi kulturę, obraz ten w pewien sposób się załamuje, bo skrajny liberalizm czy nawet libertynizm nie sprzyja tej sferze życia. I nie chodzi tu bynajmniej o szeroko pojętą moralność, a o pewien system wartości, do którego można się odnieść lub który można zanegować. Wolność nie sprawdza się w tej roli najlepiej, kiedy zostaje sprowadzona do pozornego braku zakazów. Pozorność ta prowadzi zresztą do paradoksów i niestabilności, czego wyraźnym przykładem jest francuski dyskurs na temat wyznań i symboli religijnych w miejscach publicznych.

Nie jest to zatem żadne konsolidujące centrum, a raczej anty-centrum, zaprzeczenie kultury, skrajna i niebezpieczna demokratyzacja doprowadzająca do tego, że wzniosłe idee stają się swoimi skarłowaciałymi karykaturami.


Zakończenie


Europa sztuczna, Europa rozbita, Europa praktycznie nieistniejąca.

Piękny obraz, muszę przyznać. Zapewne nierzetelny i skrajnie subiektywny. To właściwie pocieszające – gdyby stanowił ciąg żenujących pomyłek, byłoby lepiej – i dla mnie i dla nieszczęsnej Europy. Nie zmienia to jednak faktu, że trudno poruszać się w takiej kulturze, nawet jeśli miałaby stanowić jedynie kolejny poziom fenomenu nadbudowany na kilku niższych. Trudno utrzymać się na grzbiecie byka, który bez przerwy się potyka.

Ale próbuję.

piątek, 18 czerwca 2010

Hartowane szkło

Zdaję sobie sprawę, że w poście brakuje norweskich znaków diakrytycznych, ale - jak już kiedyś wspominałam - Blogger przy nich wariuje.

Najogólniej rzecz ujmując, gothic metal nie jest tym, co Kruffy lubią najbardziej. Wydaje mi się zwykle - choć zaznaczam wyraźnie, że to moje prywatne odczycie - że to gatunek nieco miałki, jakby prostszy i mniej ciekawy brat symphonicu. Nie oznacza to jednak, że nie ma w tym nurcie niczego interesującego. Jest. I to jakiej klasy.

Tristania to norweski zespół o dość burzliwej historii i bardzo płynnym składzie. Członkowie przychodzą i odchodzą, każdy coś wnosi i zabiera. Nie sprawdzałam dokładnie, ale wydaje mi się, że nie ma dwóch albumów nagranych z tym samym oficjalnym składem (nie liczę muzyków sesyjnych). Taki układ ma sporo plusów, między innymi ten najważniejszy - każda płyta jest inna, więc można przebierać do woli.

Toteż przebrałam.

World of Glass to w historii grupy album przełomowy. Z zespołu odszedł główny kompozytor odpowiedzialny za kształt poprzednich wydawnictw - Morten Veland (swoją drogą, założył potem wybitnie nieudaną i przesłodzoną Sirenię), a na stałe dołączył do składu jeden z moich ulubionych męskich głosów - Osten Bergoy. Zaowocowało to między innymi tym, że muzyka na tym albumie dryfuje sobie swobodnie ku symphonicowi i progressowi. choć jednocześnie nieco łagodnieje. O tym, że rasowy symphonic to nie jest, świadczy głównie słabe i powierzchowne wykorzystanie chórów, które tylko w dwóch (no, może w dwóch i pół) utworach brzmią tak, jak powinny oraz - oczywiście - brak orkiestrowego tła. Tristania stawia raczej na elektronikę, ale trzeba przyznać, że robi to z klasą i wyczuciem, choć nie braknie brzmieniowych eksperymentów. Więcej miejsca otrzymała też Vibeke Stene, uznawana za jeden z najlepszych sopranów w branży. Można by w tym miejscu ponarzekać, że jest to wokal zbyt delikatny, za słodki, ale z drugiej strony bardzo konsekwentny i technicznie doskonały. Pani Stene, za co bardzo ją ceniłam, nie eksperymentowała z emisją, przyjmowała do wiadomości, że jest śpiewaczką klasyczną i nie usiłowała udawać popowej piosenkarki. Poza tym są w tych utworach miejsca, gdzie jej głos brzmi naprawdę niesamowicie i intrygująco.

World of Glass to album mający swój rytm - ciężki i powolny, choć na pierwszy rzut oka, eee... ucha? może wydawać się inaczej. Nie oznacza to jednak, że czasem nie przyspiesza, jak np. w otwierającym całość The Shining Path, które momentami przypomina hevymetalowy hymn, a to za sprawą dość wysokiego growlu, który właściwie trudno nawet z pełną odpowiedzialnością określić growlem. Słabą stroną tej kompozycji są pretensjonalne chóry i ten zarzut będzie powtarzał się niestety dość często. Niemniej jest to jedna z najbardziej dynamicznych piosenek na płycie, dająca coś na kształt energetycznego kopa na później. Następny utwór i znów chóry - tym razem znacznie lepsze, zwłaszcza we wstępie, niezłe także później. No i pojawia się spokojny rytm, maskowany nieco przez growl, ale wyraźnie wyczuwalny. To Wormwood - jedno z miejsc, w których Vibeke brzmi najładniej, zanurzona w spokojnym, gitarowym tle. Plus smyczki, jak zwykle bez zarzutu. Utwór ciekawy brzmieniowo, przyjemny w słuchaniu, kołyszący, choć z pewnością niebędący balladą. Taką prawie balladę otrzymujemy po chwili, choć growlowany wstęp na to nie wskazuje. Tender Trip On Earth to przede wszystkim wspaniały Bergoy i jego głęboki, nieco zrezygnowany głos. Przy nim nawet Vibeke wypada jakoś blado, choć w duecie przy drugiej zwrotce brzmią wybornie. Bardzo ładny utwór, od którego długo nie mogłam się uwolnić. Drażni tylko chóralne wejście po drugim growlu. Nieudane i niepotrzebne. Po tej chwili wytchnienia, słuchacz obrywa najcięższym utworem na płycie. Lost to growl, growl i jeszcze raz growl, plus absolutnie szalone i bardzo przyjemne skrzypce, i odrobina chóru a la Era, który jednak w odpowiednim momencie wyciąga pazur. Bardzo, ale to bardzo podobają mi się tu gitary, zwłaszcza kiedy towarzyszą syczkom. O ile Tender Trip...  była prawie balladą, o tyle następne Deadlocked zasługuje na to określenie w pełni. Bardzo spokojne, płynące w jednostajnym rytmie, kojarzące mi się nieodmiennie z szarym morzem. Nie dzieje się tu wiele, ale mnie to niespecjalnie przeszkadza. Zwłaszcza po Lost. Brawa dla Tristanii za wyczucie. Następne Selling Out to mój ulubiony utwór. Znów Bergoy i znów świetnie brzmiąca Vibeke Stene. Do tego piękne skrzypce, zapadający w pamięć refren i szczypta growlu, który jednak wydaje się jakiś taki... delikatny. I kapitalna praca gitar. Nie ma chórów i bardzo dobrze. Hatred Grows to drugi utwór, przy okazji którego nie będę się czepiać chórów. Choć trochę tu wieje nudą. W tytułowym World of Glass najwyraźniej chyba słychać nieco progressowe zapatrywania Tristanii. Brzmiący jeszcze lepiej niż poprzednio Bergoy i eteryczna Stene prowadzą coś na kształt dialogu, pełnego niespodziewanych zwrotów akcji. Kapitalne, choć jeden (ten pierwszy) z motywów chóru wybitnie nie przypadł mi do gustu. Niemniej, w tym utworze  chórzystki świetniewspółdziałają z growlem. Dużo interesującej elektroniki, choć utwór kończy się jakby za szybko. Ale to może tylko dlatego, że chciałoby się więcej. W drugiej balladzie, coverze utworu Seigmen - The Moder End, Vibeke Stene zostaje na dłuższą chwilę sam na sam z elektroniką i tykaniem zegara. I robi niesamowite wrażenie. Kolejny utwór,od którego długo nie mogłam się uwolnić. I wreszcie deser w postaci Crushed Dreams. To dziwny utwór, odstający nastrojem od pozostałych. Jakby poskładany z kawałków, odłamków szkła, w których odbijają się inne. Jeśli to miało być kompozycyjne nawiązanie do tytułu utworu i tytułu całego albumu - brawa. Jednocześnie jest to kawałek, któremu najbliżej chyba do symfonicznych tasiemców, pojawia się nawet sugestia orkiestry i całkiem dobre chóry. No i świetnie brzmiące wokale, choć growl wydaje się akurat w tym przypadku zupełnie niepotrzebny. Ogólnie jednak to najlepsze, najciekawsze, co serwuje Tristania na World of Glass.

Podsumowując, przyznaję, że nie jest to album szczególnie odkrywczy czy nowatorski. Są jednak na nim fragmenty naprawdę przyjemne, a całości słucha się z pewną muzyczną satysfakcją. Na pewno nie zmienił on mojego życia, nie powalił na kolana, nie przekonał mnie też o wyższości gothicu nad metalowymi symfoniami, ale mimo to miło jest mieć coś takiego na półce i czasem do tego wracać. Jeśli oczywiście jest się odpornym na gothicowo-funeralne brednie. Ja osobiście jestem. Nie mam duszy poety i w muzyce tekst był dla mnie zawsze sprawą drugorzędną. Pierwszorzędny jest wygląd brzmienia, a ta płyta całkiem zgrabnie oscyluje wokół zieleni, bieli i szarości. My, synestetycy tak mamy ;)

wtorek, 15 czerwca 2010

Rzecz o fantasy z mózgiem


Ta niepozorna pani po lewej to urodzona w czterdziestym drugim niejaka Carolyn Janice Cherryh, którą najkrócej można określić jako kobietę z mózgiem. Więcej - jako pisarkę z mózgiem, zajmującą się fantastyką, a przyznacie, że to unikalne połączenie. Co prawda pani Cherryh zajmuje się głównie sf, ale zdarzyło się jej popełnić pewien cykl, który udowadnia, że fantasy nie jest - a przynajmniej nie musi być - gatunkiem dla głupków rządnych taniej rozrywki. Mowa oczywiście o cyklu Fortec.

Zainteresowanych samą osobą C. J. Cherryh odsyłam do jej bloga, do którego link umieściłam w VIPowie. Ja zajmę się Fortecami.

Fortece dotarły do mnie za pośrednictwem niejakiej hevi, a liczą sobie cztery (cztery wydane w Polsce, na pięć dostępnych, hrrr...) tomy słusznych, choć nie przesadnych rozmiarów. Żadne Dukajowe lody, ot - pięćset mniej więcej stron. Czyli rozrywka na trochę więcej, niż jeden dzień, bo cykl wydał Zysk i S-ka, a nie Fabryka Słów :P Zresztą, jeśli o mnie chodzi, czytałam Fortece bardzo powoli, ale o tym za chwilę.

Serię otwiera Forteca w źrenicy czasu. I już na początku zostajemy zbombardowani tym, co Kruffa lubi, czyli dopracowanym światem z masą szczegółów i bogatą historią. Cherryh nie boi się wprowadzać czytelnika w tak złożoną rzeczywistość, bo sama się w niej nie gubi, bo ją PRZEMYŚLAŁA. Zbyt często podczas czytania fantasy odnoszę wrażenie, że autor/autorka konstruuje świat, w którym się porusza, dostosowując go do rozwoju fabuły i nie dbając zupełnie o jego spójność. Tu tego nie ma. Co prawda można się trochę przestraszyć wstępu, bo wstępy w tego typu książkach są zwykle przerażające, ale - jeśli ktoś nie jest zainteresowany zgłębianiem arkanów świata - można go sobie podarować. Najważniejsze informacje i tak zostaną powtórzone później.
Opowieść osnuta jest właściwie wokół konfliktu dwóch wielkich czarodziejów - Mauryla i Hasufina. Ten pierwszy nazywany jest zresztą Twórcą Królów, a to z tego względu, że podczas swojego długiego życia zdążył już obalić panowanie dwóch (jeśli się nie mylę) plemion. Teraz okolicą rządzą krewcy Marhanenowie, a sam czarodziej zamknął się w wieży i raczej nie wyściubia z niej nosa. Ale coś zaczyna się kroić (czytelnik długo nie wie, co właściwie, więc będę cicho) i Mauryl postanawia dokonać swojego ostatniego dzieła - zawezwać na ten świat pewną bardzo niebezpieczną duszę... Forma, jaką tworzy, a która miała mu posłużyć do różnych celów, między innymi do walki ze wspomnianym Hasufinem, okazuje się niestety rosłym facetem o... gołębim sercu. Tristen - bo takie imię on otrzymuje - szybko doprowadza Mauryla do szału i rozpaczy. To nie całkiem tak miało wyglądać... Ulubionym zajęciem straszliwej Formy nie miało być raczej czytanie książek i karmienie gołębi. Ale nie ma już odwrotu. Podczas kolejnego ataku Hasufina na wieżę, Mauryl ginie, a Tristen, wyposażony w niemożliwą do odczytania książkę i lustro, wiedziony przez dziwną i dość krnąbrną Sowę, trafia do Zeide - dworu, który jest sceną zmagań Aswyddów, czyli pierwotnych zarządców prowincji, i najstarszego syna króla Ylseiunu Cewfyna Marhanena. Tristenem (któremu z powodu aparycji nikt nie wierzy, kiedy mówi, że właściwie nie nie, co się wokół niego dzieje), szybko zainteresuje się nadworny kapłan - Emuin.

Ponarzekać oczywiście też można, choć w tym wypadku raczej na wydawcę. W Polsce wyszły cztery części cyklu (Forteca w Źrenicy czasu, Forteca Orłów, Forteca Sów, Forteca Smoków). Piątej nie będzie. I już. Mam w planach przeczytanie oryginału w wakacje - jeśli mi się uda, z pewnością o tym wspomnę. W każdym razie, czeka.

Warto przyjrzeć się zwłaszcza dwóm sprawom: sposobowi, w jaki Cherryh buduje fabułę i postaciom cyklu. Jeśli chodzi o pierwszy aspekt, światem - choć fantastycznym - rządzi logika, polityka i kwestie praktyczne. Bohaterowie, wplątani w wojnę, nie zastanawiają się, czy istnieje jakiś supermiecz strzeżony przez armię smoków i okrutną czarownicę (swoją drogą - nie istnieje, to nie ten typ literatury), a raczej debatują nad tym, jak przerzucić wojska z jednego końca kraju na drugi i ponieść jak najmniej strat. Zastanawiają się, jak przechytrzyć przeciwnika, a nie jak go rozsmarować na ścianie. Za to ogromny plus, bo Cherryh popisuje się swoją wirtuozerią w przeplataniu wątków i konstruowaniu intrygi. Do tego dostajemy całą galerię fantastycznych postaci, którym przewodzi oczywiście uroczo naiwny, ale też niebezpieczny Tristen. Moje serce zdobył też Cewfyn. Świetny jest także Emuin - przerażony, uciekający przed odpowiedzialnością, jaką nakłada na niego opieka nad Formą. I rywalizujące o miejsce w Cewfynowym łożu rude Aswyddówny. Potem pojawia się trochę figur miałkich, takich jak Uwen czy Crissand, ale można przymknąć na nich oko. To i tak świetna lektura.